Jeżdżąc codziennie do pracy mam okazję obserwować ile absurdalnych rzeczy dzieje się dookoła mnie. Godziny szczytu. Wszyscy pakują się do tramwaju jak sardynki do puszki.
~~~~~~~~~~
Gdzie jest największy tłok? Oczywiście, że przy drzwiach. Po co się mają przesuwać idioci, skoro za chwilę wysiadają. Za chwilę, czytaj: wysiadam na końcówce. I stoisz tak w tym tłoku i czujesz zewsząd smród jakby się ludzie myli na Wigilię. Ja rozumiem, że się wraca po całym dniu. Rozumiem, że może być upał. Nie usprawiedliwia to pachnięcia jak syn starego capa.

Dostaję questa. Wyruszam z misją ocalenia swoich nozdrzy. Cel: otworzyć okno. Niestety tuż przy nim napotykam przeciwnika. Cerbera strzegącego okna. Stara raszpla ani myśli się odsuwać. Absolutnie nie ma mowy o otwieraniu okna. Zrobiłby się przeciąg, a przeciągi są złe. Zatem stoimy w oparach smrodu, delektując się darmową inhalacją w pojeździe komunikacji miejskiej. 

Nareszcie dojeżdżamy do mojego przystanku. O radości! Będąc ciągle na wdechu, naciskam przycisk i czekam grzecznie jako pierwszy w kolejce do ucieczki z tej puszki przeterminowanych sardynek. Drzwi długo się nie otwierają. Tramwaj ma schodki. Drzwi się nie otworzą zanim te się nie wysuną. Przycisk się świeci, zatem każda średnio rozgarnięta osoba zrozumie, że ktoś już go nacisnął. Nagle w moim polu widzenia pojawia się jakaś ręka i gibając się na boki, zmierza do przycisku otwierania drzwi. To jakaś niewiasta o ilorazie inteligencji równym cenie utleniacza, którego używa. Klnąc w duchu opuściłem pospiesznie miejsce niedoszłej zbrodni. 

Biegnąc czym prędzej do mieszkania aby w zaciszu domowym delektować się kawą, mija mnie rowerzysta jadący radnośnie pod prąd ulicą jednokierunkową. Jak to kiedyś inny zatrzymany przeze mnie w tym samym miejscu rowerowy pacan mi wyjaśnił: "bo to rowerzystów nie dotyczy".

Czy i Was otaczają debile?

Smacznej kawki lub herbatki, lub czegokolwiek innego!