Staram się być świadomy. Codziennie rano medytuję. Staram się być obecny w danym miejscu i chwili w przeciwieństwie do życia na autopilocie. Problem w tym, że ostatnio doskwiera mi nuda. Jest wieczór, córa śpi, żona się przygotowuje do spania.

Siedzę przed kompem. Wchodzę na fejsa. W głowie pojawia się pytanie “po co ja tu wszedłem? czy serio mam tu coś do sprawdzenia, co nie cierpi zwłoki?”. W sumie to nie. Wychodzę ze strony.

Siedzę na kanapie. Sięgam po telefon, odblokowuję go. W głowie pojawia się pytanie “co ja zamierzałem sprawdzić?”. W sumie to nic. Nie mam większości aplikacji do social media. Żadnych powiadomień. Kompletna cisza. Odkładam telefon.

Siedzę. Może coś poczytam? Średnio mi się chce. Może bym nagrał kolejny podcast, ale gardło mnie zaczyna boleć. Nagrywanie poczeka.

Siedzę. Czuję nudę. Przez całe życie gdzieś gnałem i coś robiłem. Grałem w dużo gier, działałem w kapelach, dużo czytałem o samorozwoju, rozwijałem moje setne hobby. Kroczyłem wieloma ścieżkami ku byciu lepszym sobą. Nie zrozumcie mnie źle, samorozwój nadal mnie interesuje. Chyba jednak dojrzałem do myśli, że nigdzie nie muszę zmierzać. Że jest mi dobrze tu, gdzie jestem. Jest mi też nudno. To trochę przerażające jak takie długoletnie życie w necie skróciło mój czas skupienia się oraz jak teraz brak powiadomień lub nieskończonego przewijania przez media społecznościowe sprawił, że czuję jakby ktoś mi wymontował z głowy chip, który był odpowiedzialny za usuwanie nudy.

Tego wieczora napisałem tę notkę. Bez rozmyślania, bez zastanawiania się nad przekazem, nad tym, po co ją piszę. Po prostu chciałem ją napisać. I ją napisałem. Teraz czuję się lepiej. Spokojnej nocy.

ps. Chyba tak Neo się czuł gdy po raz pierwszy dowiedział się, że żyje w Matrixie i zaczął odzyskiwać swoje prawdziwe życie.

WSAD Power!